Nowy rozdział życia z… wracam z dobrymi wiadomościami! Artykuł o wyzwaniu i marzeniach

Screenshot_20180716-233455Mało ostatnio publikuję tutaj sportowych artykułów, ale nadrabiam to setkami informacji na fanpejdżu Sprinterzy.com. Jest o czym czytać, bowiem Polacy zostali właśnie lekkoatletycznymi wicemistrzami w Pucharze Świata. Mało która dyscyplina może poszczycić się takimi sukcesami. Tym razem jednak chciałbym napisać, o czymś, o czym wie może niewielu śledzących ten portal, ale za to niezwykle istotnym. Kiedy w 2014 roku na skutek powikłań związanych z cukrzycą musiałem wycofać się ze sportu, niewiele pozostało mi wiary w powrót. Skupiłem się wówczas na edukacji trenerskiej. Przyniosło to wiele korzyści i zmian, których uhonorowaniem było założenie przeze mnie rok temu klubu sportowego, w ramach którego trenuję już 10 zawodników… Co jednak istotne, w tym roku dzięki tajemniczemu gadżetowi postanowiłem wrócić na bieżnię. Uwierzyłem bowiem, że mogę znowu walczyć, choć oczywiście nie na takim poziomie jak choćby w 2011-2012 roku… 

Mowa tutaj o inteligentnym nadajniku Eversense, który założono mi w maju tego roku. „Inteligentnym” dlatego, że po raz pierwszy od 10 lat pozwolił mi na spokojniejsze, niż zwykle życie. To mocne słowa, ale odzwierciedlają prawdziwy stan rzeczy. Myślę po rozmowach z kilkoma cukrzykami, że każdego prześladuje w snach ta sama historia-zanim się obudzą, śnią z niepokojem o tym, żeby natychmiast zmierzyć cukier. Niepewność glikemii prześladuje wielu chorujących na tego typu chorobę. Tymczasem ja, mogłem nareszcie poczuć się w tym śnie spokojniejszy. Robotę za mnie robi bowiem niewielki nadajnik umieszczony na moim lewym ramieniu. Odbiera on sygnał, z czujnika wszczepionego pod skórą i wskazuje za pomocą wibracji, jaki jest poziom mojego cukru. Jeśli glikemia rośnie niebezpiecznie wysoko, wibracje są długie, kiedy natomiast cukier spada, nadajnik daje mi to odczuć za pomocą krótkich wibracji. Co więcej, na ekranie telefonu mogę śledzić, jaka jest aktualna wartość glukozy, bowiem nadajnik za pomocą łącza bluetooth, pozwala mi łączyć się z telefonem. Niezłe, prawda? 🙂

Zanim jednak dalsza część tej historii, opowiem o swojej chorobie. Wszystko zaczęło się w moje 18-te urodziny 2008 roku… Już wówczas byłem sprinterem, a na mistrzostwach Polski Juniorów zająłem 15-te miejsce… Choroba spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, nie czułem się jednak załamany. Byłem raczej podekscytowany, że będę mierzył się z czymś raczej rzadkim. Nie przewidziałem jednak, że mój aktywny styl życia, a także wybór dyscypliny będzie aż tak uciążliwy. Nie jest tajemnicą, że sportowa aktywność pomaga w regulacji cukru, ale czy trening sprintu także? W 2014 roku oddałem na krakowskim AWFie pracę magisterską, w której dowodziłem, że krótkie wysiłki o charakterze dynamicznym podnoszą cukier. Co ciekawe wiele innych, niezależnych od moich badań, potwierdzało te obserwacje. Kiedy jednak oddawałem swoją pracę, nie spodziewałem się, że konsekwencje wyboru dyscypliny, będą mieć dla mnie, aż tak poważne konsekwencje. Cukrzyca… w życiu spotkałem się z takimi absurdami, że zdobywam medale, bo choroba mi pomaga, dzięki znajdującej się na liście środków zabronionych insulinie. Co, jak co, ale na to są badania wręcz przeciwne. Cukrzyca nie pomaga, a utrudnia. Żeby wygrywać w sporcie zawodowym, potrzeba naprawdę wielu wyrzeczeń, a co dopiero z cukrzycą typu I. W skali roku chory musi wykonywać ponad 1500 zastrzyków i drugie tyle pobrań krwi z palców dłoni. Do tego dochodzi niskowęglowodanowa dieta i dbałość o okoliczności, które mogą prowokować wystąpienie hipo lub hiperglikemii. Na przykład sytuacje stresowe, takie jak zawody powodują, że cukrzyca jest zupełnie nie do opanowania. Dzieje się tak, na skutek adrenaliny, która zmusza wątrobę do uwalniania zwiększonych ilości glukozy. Każda hiperglikemia przyczynia się  z kolei do powolnego uszkadzania takich narządów jak nerwy, oczy, czy nerki. Cukrzyca jest bardzo podstępna i robi to niezwykle powoli. Nieraz spotykałem się już z osobami, które pomimo hemoglobiny glikowanej na poziomie 6,5 doświadczały już amputacji stopy, czy uszkodzenia nerek, lub utraty przytomności. To, jakie u kogo objawy wystąpią zależy w dużym stopniu od indywidualnej sprawności organizmu i środowiska w jakim żyje. Nikt nie jest taki sam. Bardzo długo mi zajęło, zanim uświadomiłem sobie, że sport mi nie pomaga, a szkodzi. Trenowałem sześć dni w tygodniu po 50 minut dziennie. Tyle wystarczyło, żeby biegać 10,6 sek. na 100 metrów. Problem w tym, że krótkie wysiłki nie wpływały pozytywnie na moją glikemię. Nie będąc gołosłownym przytoczę, choćby publikację „American Sport of Medicine”, która mówi wprost: „wysiłki krótkotrwałe nie nadają się dla chorych na cukrzycę, ponieważ pobudzają układ adrenergiczny i podnoszą ciśnienie krwi”. Tej publikacji wtórowały inne badania, m.in: Guelfiego i Jonesa (2005), oraz Buczkiewicza (2009). Nie znałem tych badań. Ufałem raczej zasłyszanym informacjom, że jakiś maratończyk, lub wioślarz z cukrzycą, zdobywał grad medali na międzynarodowych imprezach. Problem w tym, że ich wysiłki, a moje różniły się właśnie czasem trwania. Chciałem jednak realizować swoje marzenia, postawiłem więc na większą samokontrolę. I choć wydawało mi się, że wszystko jest dobrze, to powoli pogarszałem swój stan zdrowia, nawet o tym nie wiedząc. W styczniu 2016 roku wykonałem badania, które potwierdziły to, co obserwowałem w zasadzie od 2012 roku…, że mam neuropatię, a więc moje przewodnictwo nerwowe jest ograniczone na skutek uszkodzenia obwodowego układu nerwowego. Co więcej kilku lekarzy wskazało u mnie na miotonię, która uniemożliwia wykonywanie ruchów szybkich. Mówiąc w skrócie-nie mogę wyjść z bloków na 100%, ponieważ może to się skończyć upadkiem. Biegam więc asekuracyjnie. Trudne to do wyobrażenia dla zdrowego sportowca, ale dokładnie tak-rozwinęła się u mnie taka postać neuropatii/miotonii, która kazała mi po prostu wycofać się ze sportu. Odkrywając, co mi dolega byłem wstrząśnięty przede wszystkim tym, że nie da się tego już zatrzymać. „Trzeba mieć nadzieję, że choroba nie będzie w przyszłości dawać gorszych objawów. Na ten moment nie da się jednak jej cofnąć”-usłyszałem. Poddałem się… i była to właściwa decyzja, ponieważ już więcej nie narażałem się na szkodliwe dla mnie oddziaływanie treningu.

Mijały miesiące, lata i zacząłem być już spokojny. Emocje z bieganiem  bowiem definitywnie we mnie ucichły. Schudłem, straciłem wypracowane niegdyś mięśnie i odzyskałem… swoje szczęście 🙂 Brzmi paradoksalnie, ale moja rezygnacja z treningów była skuteczną drogą do tego, żeby znormalizować szalejącą na skutek adrenaliny glikemię. Inne problemy jakie się pojawiły dotyczyły zbyt aktywnego stylu życia. Jako trener bowiem zbyt dużo ćwiczeń zacząłem demonstrować, co skutkowało czasami gwałtownymi skokami cukru. Ze zdumieniem odkryłem, że najlepiej czuję się… w ogóle nie trenując.  Po prostu ograniczyć się do spacerów, pracy i tyle. Wówczas poziom glukozy był u mnie najlepszy. To, co piszę dla aktywnych cukrzyków może być niezrozumiałe, ale moje uczucia należy analizować tylko z punktu widzenia zawodowego sportu, a konkretnie sprintu. Sprinter na emeryturze to inny człowiek. Inny, ale jednak z wciąż uśpioną w sobie pasją. Czasami wystarczy impuls, żebym znowu z obłędem w oczach szukał sposobu na powrót. Ale to tylko chwile… czasami minuty, czasami dni, na szczęście to mija. Kiedy jednak przeczytałem w internecie o nowince technologicznej, jaką jest system Eversense, znowu zacząłem marzyć…

20180628_115931

Z firmą Roche współpracowałem już w 2010 roku. Wówczas, dzięki jej uprzejmości mogłem za darmo używać pompy insulinowej. Niestety ze smutkiem musiałem się z tej współpracy wycofać. Byłem po prostu zbyt aktywny na takie rozwiązanie. Żyłem więcej, niż na 100%… a pompa z racji okablowania moją wolność po prostu krępowała. Potrzebowałem raczej czegoś, co pozwoli mi kontrolować cukier bez codziennego kłucia się 10 razy (a taką ilość razy musi badać się sportowiec, żeby kontrolować swoją chorobę). Ja badałem się z początku tylko 3-4 razy, ale szybko odkryłem, że tylko częstsze badania pomogą mi uniknąć komplikacji. Rozwiązanie przyszło wraz z końcem ubiegłego roku, kiedy to Roche wprowadził na rynek system Eversense. Zabieg wszczepienia sensora miałem wykonywany w poliklinice „Gaweł” w Żorach i choć na nagraniu może wyglądać na skomplikowany, to w istocie wcale takim nie był. Bezboleśnie i do domu. Chciałbym raczej napisać o tym, jak z owym wszczepionym na 90 dni sensorem mi się żyje… A rzadko kiedy narzekam. Odzyskałem spokój. Sensor na bieżąco informuje mnie o stężeniu cukru we krwi, a ja nie muszę chorobliwie rozmyślać o tym jaki jest trend związany ze zmieniającym się cukrem. Dla rozjaśnienia sprawy to 1,5 centymetrowy sensor mam wszczepiony pod skórą, a nadajnik widoczny na moim ramieniu służy wyłącznie do odbierania sygnału z sensora. Nadajnik można w każdej chwili zdjąć-mocuje się go na mocno trzymającym plastrze i nie zdarzyło mi się dotychczas, żeby się oderwał. Na czym jednak polega przełomowość rozwiązania postaram się wyjaśnić na przykładzie z ostatnich wakacji. Malta, wschodnie wybrzeże (bliżej Afryki)… odpoczywam w porcie, a wokół mnie mnóstwo łódek. W porcie jest najprzyjemniej z racji przyjemnego cienia jaki można tam znalezć. Ja jednak zapragnąłem wolności i wypłynąłem 100 metrów od mola, żeby rozłożyć się na ekskluzywnym jachcie. Bez nadajnika nie mógłbym podjąć takiej próby z uwagi na zbyt duże ryzyko związane z wystąpieniem hipoglikemii. Inteligentny nadajnik był jednak moim osobistym Aniołem Stróżem. Popłynąłem, dobiłem do jachtu, był zamknięty i przycumowany gdzieś do dna, trochę go pozwiedzałem, aż w końcu rozłożyłem się na nim wpatrując się w morze. Po chwili uciąłem sobie w jego cieniu krótką drzemkę… Obudził mnie sygnał z nadajnika, który informował, że szybkość mojego cukru spada… Była to dla mnie informacja, że czas udać się do brzegu. Bezpiecznie, bez niepokoju i gry na czas. Od momentu sygnału miałem parenaście minut, żeby zabezpieczyć się na wypadek hipoglikemii. Bez nadajnika czułbym na tym jachcie ciągły niepokój o to, jak zachowa się mój cukier… Kiedy odczułbym pierwsze objawy spadku cukru na jachcie, mogłoby zabraknąć mi sił żeby dopłynąć do brzegu… a tak to pełen luz i wolność. To samo dotyczy snu. W przeszłości nie wiedziałem, co będzie w nocy, a teraz nadajnik budzi mnie wibracjami. No chyba, że mój sen jest wybitnie „niedzwiedzi”, to wówczas mam problem… ale z cukrami w nocy i tak nie ma, aż takiego problemu jak w dzień.

Z nadajnikiem Eversense biegam, trenuję, pływam, śpię… można z nim wszystko! Problematyczne są czasami tzw. kalibracje, czyli wprowadzanie do aplikacji na komórce danych z glukometru. Przy moim stopniu aktywności jest z tym faktycznie problem, ale na szczęście w większości przypadków trafiam na czas. Co się stanie kiedy nie zrobię kalibracji? Czeka mnie tzw. faza inicjalizacji, czyli czujnik przestaje wysyłać dane o glikemii. Myślę, że w przyszłości i kalibracje przestaną być jednak problemem. Najważniejsze to mieć cukier pod kontrolą. Z już wszczepionym sensorem i nadajnikiem trenowałem na Malcie, a po powrocie wystartowałem w mistrzostwach Polski dziennikarzy, zostając „z biegu” dziennikarskim mistrzem kraju na 100 metrów. Bardziej od zwycięstwa cieszył mnie czas 11.80 sekundy, który uzyskałem biegnąc na olbrzymim luzie. Idzie nowe… chciałoby się powiedzieć. Pytanie czy wrócę? Sam nie wiem. To ciężkie w kontekście tego, jak dalej ułoży się moja współpraca z Roche (nadajnik kosztuje ponad 5000 złotych i ta suma dotyczy 180-dniowego okresu), oraz tego, czy poradzę sobie ze wszystkim przedsięwzięciami (obowiązki związane z trenerką, prowadzeniem strony, sklepu itd.). Czas pokaże… Najważniejsze, że odzyskałem spokój i wciąż mogę naprawdę żywo marzyć. 🙂

Ostatni raz na podium stałem... hmm :)

Ostatni raz na podium stałem… hmm :)

Artykuł powstał przy współpracy z Diabetes Care Polska sp. z o.0